Rozwój prawa autorskiego na świecie
W roku 1710 brytyjski parlament przyjmuję ustawę znaną jako „Statut królowej Anny”. Była to w zasadzie pierwsza ustawa o „prawie autorskim”. Dawała ona wszystkim wydanym utworom 40. letni okres ochronny, z możliwością jednokrotnego odnowienia, jeżeli autor nadal żył. Utwory opublikowane przed tą datą, były chronione przez okres 25. lat.
Czym właściwie są prawa autorskie? Ogólnie pod tym pojęciem rozumiemy prawa przysługujące autorowi danego dzieła, upoważniającego go do „rozporządzania” nim, jak również czerpania z niego korzyści. Czyli autor dostaje całkowity monopol na swoje dzieło i może zrobić z nim co tylko zechce.
Z założenia prawa autorskie mają równoważyć korzyści jakie odnosi społeczeństwo i autor dzieła. Twórca, mimo wszystko nadal jest tylko człowiekiem. Proces twórczy jest dla niego pracą, której poświęca swój czas i talent. Rzeczą normalną jest, że oczekuje za to godziwego wynagrodzenia, za które będzie mógł normalnie żyć (martwy twórca, to raczej kiepski twórca). Prawa autorskie są dla niego gwarancją, że nikt bezprawnie nie wykorzysta jego utworu, pozbawiając go tym „środków do życia”. I ma być to dla niego bodziec do dalszej pracy, czyli korzyści odnosi całe społeczeństwo. Czy dzisiejsze prawa autorskie spełniają to zadanie?
Domena publiczna
Cofnijmy się troszkę w czasie… W 1928 roku swój debiut miała, znana chyba wszystkim, Myszka Miki. Film animowany, z jej udziałem, nie przyniósł oczekiwanych dochodów. Kilka miesięcy później światło dzienne ujrzał kolejny film z Miki w roli głównej – „Steamboat Willie”. Tym, co odróżniało go od poprzednika, był dźwięk. Była to pierwsza kreskówka ze zsynchronizowanym dźwiękiem. Disney wyznaczył nowy standard, do którego inni starali się dorównać. Co wspólnego ma to z prawami autorskimi?
W tym samym roku, jeszcze przed pojawieniem się kreskówki Disneya, swoją premierę miał film pt. „Steamboat Bill, Jr”. Główną rolę grał chyba jeden z najbardziej znanych gwiazdorów niemego kina – Buster Keaton. Produkcja ta była inspiracją dla Disneya, na której bazował przy tworzeniu własnego dzieła.
Dla przemysłu filmowego tamtego czasu nie było w tym nic dziwnego. Cała trudność polegała na „odróżnieniu” się od reszty. Nowatorski pomysł i jego wykonanie zapewniły sukces animacji Disneya. Zresztą lwia część jego produkcji była oparta na cudzej pracy. Ekranizacje takie jak: Królewna Śnieżka (1937), Pinokio (1940), Dumbo (1941), Bambi (1942), Kopciuszek (1950) i wielu innych książek znanych nam z czasów naszego dzieciństwa są jednym z „filarów” popularności Disneya. Jednak do każdej z nich dodawał nowe elementy, a że był twórcą genialnym, odniósł dzięki temu niesamowity sukces.
Najważniejsze jest jednak to, że po prostu mógł legalnie z tych dzieł korzystać. W latach 30’ XX wieku średni czas obowiązywania praw autorskich w USA trwał 30 lat, czyli wyżej wymienione dzieła należały już do domeny publicznej (każdy, kto miał tylko na tyle chęci i ochoty, mógł ich używać do własnych celów). Obecnie prawa autorskie w Polsce obowiązują przez całe życie autora i 70 lat po jego śmierci. Jeżeli dzisiaj obejrzymy dobry film, to dopiero nasi praprawnuczkowie będą mogli swobodnie go wykorzystywać w „działaniach twórczych” (oczywiście, pod warunkiem, że autor danego filmu, wyzionie ducha już następnego dnia po naszym seansie).
W USA, podobnie jak w Polsce, prawa autorskie obowiązują przez całe życie autora i 95 lat po jego śmierci. Warto dodać, ze Konstytucja USA pierwotnie ustalała żywot tych praw na 14 lat. Ciekawostką jest, że nie były nadawane automatycznie (tak jak ma to miejsce teraz, zarówno w Polsce jak i w Stanach), ale autor musiał wyrazić chęć uzyskania praw. A już najciekawsze jest to, że w ciągu pierwszych 10 lat obowiązywania Ustawy Zasadniczej, aż 95% twórców pozwalało swoim dziełom od razu trafiać do domeny publicznej (czyli nie ubiegali się o przyznanie praw autorskich). Mimo to twórcy mieli się całkiem dobrze… Co więc spowodowało tak drastyczne wydłużenie obowiązywania „okresu ochronnego”?
Jak chronić własne interesy
W 1933 roku, dzień po świętach Bożego Narodzenia, Edwin Howard Armstrong otrzymuje cztery patenty na jego najważniejszy wynalazek – radio oparte na modulacji częstotliwości (frequency modulation – FM). Dwa lata później, w nowojorskim Empire State Building, Armstrong demonstruje działanie nowej technologii. Nastroił radio, aby odbierało fale, które były nadawane z jego nadajnika oddalonego o 17mil. W sali rozległ się głos lektora: „Tu stacja amatorska W2AG w Yonkers, Nowy York, nadająca na fali dwa i pół metra z modulacją częstotliwości”
Dźwięk był niesamowicie „czysty”. Jak opisywali uczestnicy tego pokazu, nalewanie wody do szklanki, brzmiało dokładnie jak nalewanie wody do szklanki. Dźwięk był żywy, bez żadnych zakłóceń. Po prostu bił na głowę to, co proponowało radio AM, oparte o modulację amplitudy fal (AM – amplitude modulation). Paradoksalnie, to było największym problemem.
Armstrong pracował dla firmy Radio Corporation of America (RCA), która dominowała na rynku radia AM. Technologia FM mogła doprowadzić do poważnych zmian w rozkładzie sił jeśli chodzi o nadawców radiowych, dlatego szefowie RCA postanowili jak najbardziej opóźnić jej wprowadzenie.
Początkowo, nie ujawniono jej, pod pretekstem dalszych testów. Kiedy po dwóch latach Armstrong zaczął się niecierpliwić, RCA używając swoich wpływów w administracji rządowej, za wszelką cenę chciała wyeliminować radio FM, m.in. przez przesunięcie częstotliwości nadawania do innego zakresu spektrum radiowego.
Kiedy coraz bardziej popularna stawała się telewizja, której również trzeba było zrobić miejsce w eterze, moc nadajników FM zmniejszono w takim stopniu, że niemożliwe stało się nadawanie na terenie całego kraju.
Po 15 latach RCA ogłosiła przyznane Armstrongowi patenty za nieważne i odmówiła wypłacenia należnych honorariów. Odkrywca radia FM wstąpił na drogę sądową. Po wieloletniej walce o swoje prawa, RCA zaproponowała mu ugodę tak skromną, że nie opłaciłby za nią nawet swoich prawników. Armstrong napisał krótki list do swojej żony i zabił się skacząc z okna na 13. piętrze.
Przykład ten w dobry sposób pokazuje, że w batalii o prawa autorskie, nie dobro społeczeństwa jest najważniejsze. Wprowadzenie nowej, doskonalszej technologii, na pewno przyniosłoby więcej korzyści ogółowi. Tymczasem pod naciskiem dużej korporacji (RCA), administracja rządowa uniemożliwia jej rozwój, promując rozwiązanie gorsze jakościowo, jednak za którym stało potężne lobby i spore pieniądze. Czy na pewno zmierzamy we właściwym kierunku?
Brak ograniczeń – Internet
Ostatni z przykładów jest bliższy czasom współczesnym… W 1999 roku startuje Napster. Chyba żadnemu z użytkowników Internetu nie trzeba tłumaczyć co to takiego. W ciągu dziewięciu miesięcy zgromadził ponad 10 milionów użytkowników, po osiemnastu miesiącach, plikami wymieniało się już prawie 80 milionów ludzi z całego świata. Technologia peer-to-peer (p2p) umożliwia wymianę muzyki bez żadnych ograniczeń. Użytkowników sieci opartych o p2p możemy podzielić na 4 kategorie:
* Ściągających dane objęte prawem autorskim, zamiast je kupować
* Ściągających dane objęte prawem autorskim, ale w celu „wypróbowania”. Jeżeli spełni oczekiwania użytkownika, to zakupi dany produkt (film, książka, płyta muzyczna)
* Ściągających dane objęte prawem autorskim, ale nie dostępnych w sprzedaży (stare płyty, filmy)
* Ściągających dane nie objęte prawem autorskim, lub które właściciel tychże praw, rozdaje za darmo.
Grupa pierwsza łamie obowiązujące prawo. Ale co pozostałą trójką?
Jeżeli tylko przesłucham płytę z muzyką, a później zdecyduje się na jej zakup, nie powoduję strat u wydawcy ani u artysty, prawda? Czy samo „wypróbowanie”, co wiążę się z pozyskaniem treści objętych prawem autorskim jest złamaniem prawa?
Jeżeli mam ochotę przypomnieć sobie przeboje z lat mojej młodości, a wydawca nie umożliwia mi pozyskanie takich treści (czyli nie mogę ich kupić), to czy ściągniecie ich za pomocą p2p czyni mnie przestępcą?
W jaki sposób można określić straty które rzekomo poniósł wydawca, skoro i tak nie mogłem tej pozycji dostać w sklepie? Nawet chciałem być uczciwy, ale prawo autorskie które obowiązuje przez tak długi okres czasu, nie ułatwia mi tego. Gdzie tutaj jest logika?
Skoro ‘komercyjny’ żywot książki czy płyty CD trwa ok. pół roku (czyli średnio przez taki okres czasu produkt znajduję najwięcej nabywców, później sprzedaż powoli spada), dlaczego prawa autorskie nie zezwalają nawet na powszechne dzielenie się dziełem? (Nie mam na myśli ‘przerabiania’ go i czerpania z tego korzyści).
Na koniec
Najbardziej radykalni w kwestii praw autorskich, twierdzą, że należałoby je całkowicie znieść. Według nich, nie należy używać słowa twórca, tylko „odkrywca”, bowiem wszystkie idee już istnieją „gdzieś we wszechświecie”, a my możemy je tylko odkryć.
Bardzo abstrakcyjnym przykładem jest komputer o wielkiej mocy obliczeniowej, który generuje wszystkie możliwe ciągi znaków, czyli przy okazji tworząc jakiś procent tekstów sensownych, które równie dobrze mogą być „odkryte” przez człowieka (pisarza, kompozytora).
Według mnie, prawa autorskie są potrzebne, ale powinny spełniać swoje pierwotne zadanie, czyli dbać o interes zarówno twórców jak i społeczeństwa. Obecnie, (przynajmniej ja mam takie wrażenie), najwięcej korzyści czerpią z nich korporacje, który zajmują się rozprowadzaniem konkretnych dzieł. A dobro społeczeństwa czy twórców jest raczej nisko w hierarchii ich priorytetów.
To w prosty sposób może doprowadzić do powstania nowej klasy – klasy twórczej. Prawo do tworzenia będą mieli tylko Ci, którzy będą cieszyć się poparciem korporacji skupiających w swoich rękach prawa autorskie, i które w razie potrzeby będą „udostępniane” potencjalnemu twórcy.
Można to przyrównać nawet do instytucji kościoła. Autorzy staną się kapłanami i tylko nieliczni, posiadający odpowiednie środki i poparcie, będą mogli do tej klasy dołączyć. Nawet teraz, ludzie należący do ZAiKS-u mają więcej możliwości wykorzystania dzieł innych twórców, niż przeciętny Kowalski…
Co dalej? Najważniejsze, że cały czas są ludzie, którzy chcą robić coś dla innych, nie oczekując za to wielkich pieniędzy, że cały czas można spotkać twórców, dla których najważniejszy jest sam proces tworzenia, a nie przyjemności, których możemy doznać już po publikacji naszego dzieła (pieniądze, sława).
Zainteresowanych temat, zachęcam do lektury książki „Wolna Kultura” autorstwa Lawrence’a Lessiga (www.wolnakultura.org), która na pewno pomoże w wyrobieniu sobie zdania na temat prawa autorskiego i wszelkiego ograniczania tegoż prawa.
Arek Konior
Powyższy artykuł jest praktycznym przykładem wykorzystania liberalnych licencji Creative Commons i istoty twórczego przekształcania. Autor bez zbędnej biurokracji wykorzystał cytaty z książki Wolna Kultura do stworzenia nowego dzieła, nie pozbawiając jednocześnie pierwotnego twórcy należnych mu zasług i praw. Jeżeli zmiany legislacyjne będą wprowadzane zgodnie z aktualnym trendem, prawdopodobne jest, że zapis “wszystkie prawa zastrzeżone” może nam takie wykorzystanie uniemożliwić.

