Myśli kilka o szkole w Polsce
Codziennie, oglądając telewizję, słuchając radia czy czytając gazety mamy okazję poznać opinie „ekspertów”, którzy to przekonują nas jak bardzo zła i beznadziejna jest sytuacja w polskich szkołach. Narzekają, że nie przygotowuje do dorosłego życia, samodzielnego podejmowania decyzji, kreatywnego myślenia. Pewnie jest w tym trochę racji. Jednak wszystkie te sądy wydawane są przez ludzi, którzy szkoły skończyli kilkanaście lat temu (w najlepszym wypadku), w kompletnie innym systemie…
Tak się dosyć szczęśliwie składa, że jestem uczniem szkoły średniej, uczniem „zreformowanym”, który miał okazję przeżyć 6. lat podstawówki, 3. letnie gimnazjum, a obecnie ciężko pracującym podczas 2. roku edukacji w liceum ogólnokształcącym.
Co właściwie daje mi szkoła? Instytucja, która każdego dnia z mojego życia „wykrada” po kilka godzin. Czy wychowuje mnie, poszerza moje horyzonty? I tak, i nie…
Czasami odnoszę wrażenie, że zadaniem szkoły jest zabicie wszelkich indywidualności. Jest pewien „szablon”, do którego wszyscy muszą się dostosować, niezależnie od tego, czy im się to podoba czy nie. Nie można wychodzić przed szereg, nie można mieć własnego zdania.
Jak wygląda „interpretacja” wiersza, coś, co raczej każdy „powinien”, pojmować na swój własny sposób? Nauczyciel ma za zadanie jedynie naprowadzać uczniów na właściwą drogę, którą ma podaną w wymaganiach programowych. Nie ma tutaj miejsca na własne spostrzeżenia. Wszystko jest z góry ustalone. I to mnie uczy kreatywności?
Kolejnym genialnym pomysłem są klucze do oceny wypracowań maturalnych z języka polskiego. To, co dla osoby układającej takie klucze jest sprawą oczywistą, dla mnie wcale takie być nie musi. Pisząc wypracowanie, przede wszystkim mam za zadanie przewidzieć, co też na myśli miał pan z kuratorium oświaty. Moje własne spostrzeżenia i refleksje, jeżeli nie będą zawierać się w kluczu, są nikomu nie potrzebne.
Sposób prowadzenia niektórych zajęć również pozostawia wiele do życzenia. Nauczycielom brakuje motywacji. Jeżeli ktoś decyduje się na ten (jakby nie patrzeć), trudny zawód, to oczekuje, że będzie mógł w miarę przyzwoicie żyć. Słusznie – przecież to on kształtuje przyszłe pokolenia i od niego będzie w pewien sensie zależała przyszłość danego państwa. Ale panowie rządzący nami chyba tego nie dostrzegają.
„Belfer” powinien potrafić obudzić w uczniach „zainteresowanie” danym tematem. Jego praca nie powinna sprowadzać się jedynie do wyłożenia danego materiału, ale również do zachęcenia słuchaczy, aby zechcieli zrobić coś sami. Zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie będzie to 100% klasy, ale jeżeli kilka osób naprawdę zaangażuje się, to czy to nie będzie już jakaś forma nagrody dla uczącego?
Często uczymy się rzeczy kompletnie nieprzydatnych. Wszystko polega na zapamiętaniu sporej partii materiału, zaliczenia go, a potem możemy spokojnie „usunąć” wszystkie te informacje z naszej pamięci. Więc po co się tego uczyliśmy? Tylko do zaliczenia?
Czy nie byłoby ciekawiej, gdyby wprowadzić do szkoły przedmioty rozwijające umiejętności bardziej przydatne w dzisiejszych czasach? Formy autoprezentacji, sztuka wysławiania się i przemawiania. Jeżeli faktycznie chcemy, aby szkoła potrafiła przygotować do dorosłego życia, to powinna być bardziej elastyczna i szybciej reagować na to, co dzieje się wokół nas.
Kiedyś szkoła byłą prawdziwą selekcją. Matura była wyzwaniem. Dzisiaj prawie każdy jest w stanie ją zaliczyć. Rozumiem, wyrównywanie szans pomiędzy ludźmi wywodzącymi się z różnych grup społecznych (takie same egzaminy w całym kraju), ale wyrównanie szans dla ludzi pracowitych i leniwych? I to na korzyść tych drugich… Chyba nie o to w tym wszystkim chodzi…
Arek Konior
